Google+ Followers

środa, 15 listopada 2017

Rozdział 35

- I nie martw się, przecież zawsze możemy wysyłać do siebie listy - powiedział, aby chociaż w małej części pocieszyć gryfonkę. Polubił ją, choć na początku nie chciał mieć z nią nic do czynienia. Uważał ją za przemądrzałą i upartą kujonkę. Był zły, kiedy dowiedział się, że będzie dzielił z nią dormitorium i wszystkie obowiązki. A teraz? Leżą razem w jego łóżku, ale nie jako para zakochanych, po prostu jako przyjaciele. Wiedział, że będzie mu jej brakowało. Tych wszystkich rozmów, małych kłótni, denerwowania jej na każdym kroku i droczenia się. Jednak taką decyzję podjął i nie miał zamiaru już jej zmieniać. Uważał, że właśnie ta jest najlepsza.
- Nie sądziłam, że to powiem, ale będę za tobą tęsknić Malfoy - powiedziała smutnym głosem.
- Oj ja też, szczególnie za tym twoim ciętym językiem... Wiesz o czym teraz myślę? - spytał nagle podekscytowanym głosem - jaką minę miałby Potter z rudzielcem jakby nas teraz zobaczyli.
- Jesteś pewny swojej decyzji? Dobrze ją przemyślałeś? - zmieniła nagle temat. Nie mogła uwierzyć w to, że jutrzejszej nocy już go tu nie będzie. Nie umiała też rozmawiać z nim jak każdego wieczoru. Miała spory mętlik w głowie. Żadne rozwiązanie nie chciało jej przyjść do głowy.
- A co ty byś zrobiła, gdybyś była na moim miejscu? - po tym pytaniu zapadła chwilowa cisza. Zaskoczył ją. Zastanawiała się, co ma mu odpowiedzieć, jak ona by się zachowała, gdyby usłyszała, że nie długo straci wzrok. Załamała by się, to pewne.
- Szczerze? To prawdopodobnie nie chciałabym zostać w Hogwarcie, ale też nie chciałabym zostać z tym wszystkim sama.
- Ja przecież nie zostanę z tym sam - wtrącił - mam matkę, babcia będzie do mnie zaglądać, mam nawet skrzata, ale spokojnie, znam twojego bzika na ich punkcie i obiecuję, że będę go należycie traktował - dodał, bo chciał ją uspokoić.
- Nadal nie mogę podjąć tego, że tak spokojnie to przyjąłeś.
- Już ci mówiłem, uważam, że to kara za wszystkie lata mojej działalności.
- Przeczytałam w twoich dokumentach, że jest szansa na wyleczenie - przypomniała sobie gryfonka.
- Tak, też to czytałem, ale bardzo niewielka.
- I nawet nie spróbujesz leczenia? - dopytywała dalej.
- Granger, dość na dziś. Idziemy spać. Daj mi się z tym wszystkim przespać - powiedział w końcu, bo powoli odczuwał już zmęczenie - zostań ze mną jak chcesz - powiedział ciszej  licząc, że gryfonka zostanie. Nie chciał być sam, a przy niej czuł spokój. Od jakiegoś czasu zauważył, że to dzięki niej zmienił swoje nastawienie do większości spraw, a agresja, która zawsze mu towarzyszyła zmalała.
- Dobrze, zostanę... Dobranoc.
- Dobranoc Granger. Nawet nie wiesz ile dziewczyn ci teraz zazdrości.
- Pod tym względem się nigdy nie zmienisz. Raczej ujęłabym, że to ty masz zaszczyt goszczenia mnie w swoim łóżku.
- Tak Granger, tak sobie to tłumacz - dodał i kilka chwil później już spał. Jedynie Hermionie cała ta sprawa nie dawała spokoju. Leżała całą noc i myślała, co może zrobić w tej sprawie. Nie mogła tak po prostu odpuścić. Nie po tym, kiedy między nimi jest w końcu koleżeńska relacja.

Nastał ranek. Na zewnątrz panował siarczysty mróz, a słońce, które zawsze przebijało się przez szyby, tym razem schowało się gdzieś w kłębiastych chmurach, z których poruszył sporej ilości śnieg. Na siódmym piętrze zadzwonił właśnie budzik. Z niechęcią wyłączył go jednym machnięciem różdżki. Kiedy podnosił się z łóżka, dostrzegł, że gryfonka już opuściła jego sypialnie. Wzruszył ramionami i zaczął szykować sobie ubrania. Dziś był jego ostatni dzień w zamku, a więc obiecał sobie, że zaraz po rozmowie z dyrektorką zwiedzi cały raz jeszcze, aby dokładnie zapamiętać jego każdy szczegół. Wiedział, że więcej okazji może już nie mieć. Z tym nastawiem wziął szybki prysznic i jeszcze przed śniadaniem ruszył do gabinetu McGonagall. Wziął głęboki wdech i zapukał kładką kilkukrotnie. Po chwili usłyszał pozwolenie, aby wejść.
- Siadaj Draco, chyba wiem, co cię do mnie sprowadza. Rozmawiałam z magomedykami - zaczęła McGonagall i wskazała mu miejsce na przeciwko biurka.
- Chciałbym jeszcze dziś opuścić Hogward i wrócić do domu - powiedział szybko na jednym wydechu. Chciał po prostu mieć to już za sobą. Dyrektorka spojrzała na niego spod swoich okularów i zamyśliła się na chwilę. Jakby zastanawiała się, czy na pewno chcę mu powiedzieć to, co ma do przekazania.
- Przykro mi, ale jest to niemożliwe i zanim mi przerwiesz, wysłuchaj mnie do końca - zaczęła spokojnie i upiła łyk herbaty - myślałam, że chcesz prosić mnie o więcej czasu na poukładanie swoich spraw dotyczących leczenia, bo to chyba oczywiste, tak?
- Niestety nie, nie podejmę się leczenia. Mówiłem już to Granger. Traktuję tą chorobę jako karę za wszystkie lata mojej działalności w szeregach Voldemorda i...
- Nie wolno ci tak mówić! - oburzyła się McGonagall - jak możesz uważać, że to kara? Chłopcze, nie miałeś wyboru. Wykonywałeś polecenia swojego tchórzliwego i bezlitosnego ojca. Wierz mi, że jest o wiele więcej Śmierciożerców, których zasłużyło na karę, ale na pewno nie ty. Nie sądzę też, że byłeś  wzorem do naśladowania, ale nie możesz w ten sposób podchodzić do tego, co cię właśnie spotkało. Musisz walczyć o siebie i swoje plany na przyszłość. Tak łatwo chcesz się poddać? - mówiła głosem nieznoszącym sprzeciwu - rozumiem, że szansa jest mała, ale jest. Będziesz głupcem jeśli nie spróbujesz.
- Pani dyrektor, mimo wszystko leczenie może odbywać się już w momencie utraty wzroku. Nie wyobrażam sobie tego, aby normalnie funkcjonować tutaj w zamku, chcę też uniknąć komentarzy i wytykania palcami. Poza tym potrzebowałbym osoby, która ciągle byłaby do mojej dyspozycji i pomagała w codziennych czynnościach. Czy to za mało argumentów, abym wrócił do domu? - spytał, choć wcześniejsze słowa dyrektorki wzbudziły w nim pewne wątpliwości.
- To nie wszystko, co mam ci do przekazania. Draco, chłopcze, w twoim domu nie jest bezpiecznie. Na wolności jest jeszcze grupa śmierciożerców, którą Aurorzy regularnie ścigają. Ministerstwo dowiedziało się, że twoja matka i ty jesteście na ich liście. Nie musisz się martwić, Narcyza jest w dalekim miejscu, a twój dom pod stałą obserwacją, jednak nie mam pewności, że będziesz tam bezpieczny, a tym bardziej, że  w każdej chwili twój wzrok może się pogarszać. Rozumiesz już moją troskę o ciebie? Nie mogę pozwolić na to, abyś opuścił Hogward - dodała i ponownie upiła łyk, czekając na jakąkolwiek reakcję ślizgona. Ten siedział przez chwilę ze spuszczoną głową, jakby analizował to, co przed chwilą usłyszał. Myślał, że już nic więcej gorszego nie może mu się przydarzyć. McGonagall widząc, że właśnie teraz w głowie podejmuje jakieś decyzje, podeszła do niego i usiadła na skraju biurka.
- Mogę cię zapewnić, że Aurorzy już ich ścigają, a ty teraz musisz zawalczyć o siebie. Może to twoja matka będzie potrzebowała kiedyś opieki, a oboje wiemy, że macie tylko siebie. Proszę, spróbuj tego leczenia, bo tu nie chodzi już tylko o ciebie Draco. Obiecuję ci też, że nikt z uczniów nie dowie się o twojej chorobie, a brak obecności na zajęciach będę tłumaczyć obowiązkami prefekta naczelnego i związanymi z tym częstymi wyjazdami - Draco był w niemałym szoku. Cała pewność, która towarzyszyła mu w drodze do jej gabinetu po kilku minutach zniknęła i raczej nie chciała powrócić.
- Czy moja matka jest na pewno bezpieczna? Mogę się z nią jakoś skontaktować? - dopytał Draco. Nagle jego choroba zeszła na drugi plan. Martwił się o nią, gdyż słowa dyrektorki były prawdą. Miał tylko ją i nie wyobrażał sobie tego, że może stać jej się krzywda.
- Tak, wyjechała poza granice ich możliwości ścigania. Na chwilę obecną kontakt z nią jest możliwy tylko przeze mnie. Jeśli będziesz miał do niej list, to możesz przynieść do mojego gabinetu, a ja go jej przekażę - wyjaśniła i położyła rękę na jego ramieniu - wróć teraz do siebie i przemyśl wszystko raz jeszcze. Z dzisiejszych zajęć mogę cię zwolnić jeśli chcesz.
- Nie, to nie będzie konieczne. Dopóki mogę, to będę na zajęcia chodził, a co do leczenia, to wybiorę się ponownie jutro do św. Munga i wypytam jak to wszystko miałoby wyglądać - odpowiedział i wstał do wyjścia. Kiedy wychodził z gabinetu usłyszał jeszcze głos dyrektorki:
- Pamiętaj, że jeśli będziesz chciał porozmawiać, to zawsze możesz do mnie przyjść - po tych słowach McGonagall upewniła się, że ślizgon odszedł i wróciła do swojego biurka.
- Panno Granger, można już wyjść z ukrycia - powiedziała do szafy, która kiedyś była pełna od starych dokumentów. Schowana w niej była gryfonka, która przysłuchiwała się całej rozmowie. Przyszła tu rano i poprosiła McGonagall, aby pomogła jej przekonać Draco do tego, aby nie opuszczał Hogwardu. Obiecała, że będzie na niego uważać i pomagać mu w każdej najmniejszej przeszkodzie do tego, aby wyzdrowiał.
- Dziękuję za pomoc - zaczęła skromnie i usiadła na krześle, gdzie przed chwilą jeszcze siedział jej współlokator - bardzo przepraszam, że musiała pani skłamać w mojej sprawie.
- Oh, mam tylko nadzieję, że wiesz co robisz. Co do kłamstwa, to można powiedzieć, że było tylko małe, ponieważ Śmierciożercy rzeczywiście mają na swojej liście nazwisko Malfoy, ale nie odważą się zaatakować, bo wiedzą, że zostali by złapani przez Aurorów. Poinformowałam Narcyzę o twoim planie i kazała Ci podziękować, za to co robisz dla jego syna. A teraz uciekaj już na śniadanie i po prostu wypełnij swoją obietnicę opieki nad nim - dodała i wstała, aby otworzyć jej drzwi - robisz na prawdę wiele dobrego, panno Granger.
- Dziękuję raz jeszcze - odpowiedziała  i pobiegła w stronę Wielkiej Sali. Była zadowolona, że plan, który wymyśliła poszedł po jej myśli.

Po śniadaniu korytarze w zamku opustoszały, ponieważ w salach trwały właśnie lekcje. Jedynie dwójka gryfonów nie mogła się na nich pojawić, ponieważ dostali wezwanie do Ministerstwa Magii na przesłuchanie jednego z byłych Śmierciożerców. Mieli oni zająć stanowisko w tej sprawie i pomóc w wymierzeniu kary. Czekali oni właśnie na korytarzu czekając, aż zostaną wezwani.
- Wiesz o kogo chodzi? - spytała niepewnie Hermiona. Nie znała nazwiska skazanego, przeciwko któremu ma odbyć się dzisiejsza rozprawa, a ona ma zeznawać. Nie lubiła takich sytuacji, ponieważ zawsze wolała się wcześniej przygotować na temat danego skazańca.
- Nie, mnie też nie poinformowali. Jedyne co wiem, to sprawa pilna i dotyczy ucznia Hogwardu - odpowiedział zgodnie z prawdą i upił łyk wody.
- Panna Granger i Pan Potter proszeni są na salę - powiedział głos dobiegający z małego przekaźnika powieszonego na suficie. Zgodnie się podnieśli i weszli na salę. Kiedy dojrzeli oskarżonego oboje się zdziwili. Siedział na środku całego pomieszczenia ze spuszczoną głową, jakby pogodził się ze swoim losem, jakby wiedział, że nic i nikt już mu nie pomoże. Nieco wyżej siedziało trzech przedstawicieli Ministerstwa Magii, a po ich lewej stronie stały dwa puste krzesła przeznaczone dla świadków.
- Witajcie. Z racji, że braliście czynny udział w drugiej bitwie o Hogward, mieliście styczność z wieloma Śmierciożercami i znacie dobrze oskarżonego chcieliśmy usłyszeć wasze zdanie na temat wyroku, który już praktycznie mamy wybrany - zapowiedział sędziwy starzec, prawdopodobnie przewodniczący całego zgromadzenia - czy prawda, że znacie tegoż tu skazanego?
- Tak, to Theodore Nott - odezwał się pierwszy Wybraniec.
- Czy uważacie, że powinien zostać skazany? - dopytywał dalej.
- W pewnym sensie tak, jednak ja bym...- odparł spokojnie Harry, jednak druga osoba z przedstawicieli Ministerstwa przerwała mu w połowie.
- Skazaliśmy go na dwadzieścia lat w Azkabanie. Czy zgadzacie się, że ten wyrok jest odpowiedni do wykroczeń, które popełnił za czasów Lorda Voldemorda? - mówił dalej, jakby w ogóle nie zważał uwagi na przybyłych świadków.
- Myślę, że ten wyrok jest zbyt wysoki, gdyż... - chciał mówić Harry, ale ponownie nie było mu dane dokończyć.
- Dobrze, myślę, że możemy zakończyć przesłuchanie i zatwierdzić ten..- tym razem, to pan przewodniczący nie dokończył swojej wypowiedzi, bo gryfonka oburzyła się na brak zainteresowania ich zdaniem i postanowiła wkroczyć do akcji. Nie było jej to na rękę, ponieważ nie przepadała za Nott'em i on za nią również, ale to, że ona nie miała nawet szansy na wypowiedzenie swojego zdania przelało czarę goryczy.
- Dosyć! - wstała i wyszła na środek stając dokładnie obok oskarżonego - z całym szacunkiem do szanownej komisji, ale czy my państwu nie przeszkadzamy? Z tego co mi wiadomo zostaliśmy tutaj wezwani, aby pomóc wybrać wyrok dla skazanego. Jednak uważam, że państwo już podjęli tą decyzję nie licząc się z tym, co mamy do powiedzenia. Z racji pilnego wezwania do Ministerstwa musiałam opuścić ważne lekcje w Hogwardzie  , więc skoro już tu jestem, to wyrażę swoją opinię. Ten oto tutaj Theodor Nott był Śmierciożercą, owszem, ale zanim Voldemord został pokonany przeszedł na naszą stronę i próbował pomagać w bitwie. Poświęcił wiele, nawet utratę swojej rodziny, wiedział, że Śmierciożercy zabiją wszystkich, którzy go zdradzą, a jednak zaryzykował. Mam zatem pytanie. Co państwo zrobili, aby pomóc nam w bitwie? Przepraszam, ale nie przypominam sobie, abym dostrzegłam, któregoś z panów wtedy na Błoniach. Mało tego, na wolności nadal panuje sporo Śmierciożerców, bardziej niebezpiecznych i brutalnych niż ten tutaj Theodor, który ma szansę zacząć wszystko na nowo, a wy jako Ministerstwo chcecie mu to odebrać. Myślę, że zamiast skazywania osób, które przeszły na naszą stronę, proponuję wzmocnić siły działające przeciwko złu - po tym długim monologu wzięła głęboki oddech, wróciła na swoje miejsce i dodała:
- Rozumiem, że odrobinę mnie poniosło i poniosę wszelkie konsekwencje swojego zachowania, ale proszę uwzględnić moje zdanie - po czym usiadła i czekała na dalszy tok wydarzeń. W całej sali zapanowała cisza. Na twarzy skazanego panował szok i niedowierzanie. Komisja zbliżyła się do siebie i cicho zaczęła szeptać. Po dosłownie kilku sekundach podnieśli się i przewodniczący rzekł:
- Theodor Nott uniewinniony ze wszystkich zarzutów. Może wrócić ze świadkami na teren szkoły. To wszystko - po czym opuścili salę.
- No no no, powiem Ci, że nieźle się nakręciłaś - podsumował Harry z uśmiechem na twarzy. W tym momencie podszedł do nich Theodor i wyciągnął do niej rękę.
- Dzięki Granger za to. Nie sądziłem, że mi pomożesz, po tym, co o tobie mówiłem - stwierdził szczerze, by po chwili podać też rękę Harry'emu - jestem wam winny przysługę i obiecuję, że kiedyś się odwdzięczę - w tym samym momencie do sali weszła McGonagall.
- No panno Granger, gratuluję przemowy i odwagi. Jestem pod wrażeniem, ponieważ jeśli komisja już podejmie decyzję bardzo rzadko ją zmienia. Rozmawiałam z komisją zaraz jak wyszła i nie będą wyciągać względem ciebie żadnych kar za niestosowne zachowanie. Dobrze, Panna Granger i Pan Potter mają jeszcze jedną misję do wykonania. Pan Theodor jest już dziś wolny i może czuć się spokojny o swój los. Możesz już się transportować do szkoły, a wy złapcie mnie za rękę.

W Hogwardzie nastało już popołudnie, a więc lekcje się zakończyły. Uczniowie przebywali już w swoich dormitoriach. Niektórzy odrabiali lekcje, inni czytali książki, grali w ekspodującego durnia, a pewna dwójka ślizgonów na siódmym piętrze po prostu popijała ognistą whisky rozmawiając standardowo o dziewczynach. Kiedy Blaise nalewał kolejną kolejkę, do salonu wpadł Theodor.
- Zabini, Malfoy, muszę koniecznie wam coś pokazać - krzyknął i wskoczył na fotel.
- Uważaj, bo alkohol rozlejesz - upomniał go Draco - opowiadaj lepiej jak było w Ministerstwie. Skoro tu jesteś, to oznacza, że cię uniewinniono, tak? - dopytywał i sięgnął spod stolika dla niego pusta szklankę.
- No tak, ale koniecznie musicie zobaczyć przebieg całej rozprawy - mówił dalej podekscytowany ślizgon - główną rolę gra Granger.
- Co?? - spytali jednocześnie. Draco poszedł do pokoju współlokatorki, aby pożyczyć Myślodsiewnie. Za pomocą różdżki wyciągnęli złotą nić z głowy i zatopili się w wydarzeniu sprzed kilku chwil. Kiedy wspomnienie się zakończyło pierwszy odezwał się Blaise:
- A ty się jej czepiałeś. Widzisz, mówiłem, że coś jest w tych gryfonkach, coś co nie pozwala przejść obok nich obojętnie, coś o czym...
- Zabini stop! Za bardzo się rozkręcasz - upomniał go Draco - a tak w ogóle, gdzie jest Granger z Potter'em?
- Nie wiem, McGonagall zabrała ich na jakąś misję. Mi kazała się przenieść do zamku - odpowiedział i upił w końcu łyk ognistej - Granger mnie zaskoczyła, myślałam, że za to, co o niej mówiłem i jak ją traktowałem pogrąży mnie jeszcze bardziej - mówił będąc nadal w szoku.
- Ze mną było podobnie. Jednak jak się okazało, z Granger da się żyć. No może czasem jest trochę upierdliwa. To co, od teraz ją tolerujesz? - dociekał Draco. Zależało mu na tym, aby tak było, ponieważ polubił gryfonkę, a Theodor był jego przyjacielem i liczył na to, że może w końcu zapanuję między nimi zgoda. Czasem zastanawiał się jak do tego doprowadzić, ale jak widać sprawa rozwiązała się sama.
- Tak, od dziś mam u Granger dług wdzięczności, jednak nie sądzę, aby poprosiła mnie kiedyś o pomoc - stwierdził i ponownie upił łyk. Spojrzał na czarnoskórego i pstryknął mu przed oczami - Zabini wróć do nas. O czym się tak rozmarzyłeś? - spytał, kiedy zobaczył jak ten patrzy się ślepo w jeden punkt z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Co? A tak tak, Granger jest wspaniała - odpowiedział, choć to nie o niej myślał.
- Stary odpuść sobie młodą Weasley, bo i tak nie wygrasz z Potter'em. Ona zawsze wybierze jego, a tobą się tylko bawi - tłumaczył mu Nott, ale ten nie chciał słuchać.
- Może zmieńmy temat - zaproponował Blaise - powiedz Draco, co w końcu z twoją utrata wzroku, jak możemy ci pomóc?
- Na razie w żaden sposób. Jutro wybieram się do św. Munga, aby wypytać o leczenie - odparł - będę was potrzebował, kiedy już stracę ten cholerny wzrok.
- To pewne, że wtedy będziemy ci pomagać. Od tego są przyjaciele.

Kilka godzin później zapanował zmrok. W Wielkiej Sali odbywała się właśnie kolacja. Przy stole Gryffindoru trwała zacięta dyskusja dotycząca braku dwóch osób należących do ich domu.
- Słuchaj, moim zdaniem McGonagall powinna zabrać na tą misję bardziej doświadczonych Aurorów - oburzył się Ron.
- Nawet nie wiemy o co dokładnie chodzi i gdzie się wybrali. Musimy czekać. Nie mamy pewności, że ścigają jakiś Śmierciożerców - próbował ratować sytuację Seamus.
- No jasne, pewnie siedzą sobie gdzieś na kawce i beztrosko rozmawiają - denerwował się dalej Weasley. Odsunął swój talerz i wyszedł z sali nie zważając uwagi na żadne wołania.
- Dajcie spokój, on zawsze był taki uparty. Dyrektorka wie co robi i na pewno nie naraziłaby ich na żadne niebezpieczeństwo - wtrąciła Ginny - ok, nie wiemy gdzie są i w jakim stanie, troska z naszej strony to normalna sprawa, pod warunkiem, że jest zdrowa.
- Masz rację - poparł ją Nevill - pewnie wrócą za chwilę i wyjaśnią co się z nimi działo. Gdyby byli w niebezpieczeństwie dyrektorka powiadomiłaby Ministerstwo, a oni już by działali.
- Słuchajcie trzeba wypytać Notta. Słyszałem jak rozmawiał z Zabinim, że Hermiona wstawiła się za nim na rozprawie. Podobno po to tam pojechali. Jednak on wrócił do zamku sam - zaproponował Seamus, choć sam nie był chętny, aby się do nich wybrać. Mimo wygranej wojny dom Gryffindoru i Slytherinu nadal ze sobą rywalizowały, a uczniowie nie przepadali za sobą.
- Ja na pewno tam nie pójdę - powiedział szybko Nevill i podniósł ręce, aby podkreślić dobitnie swoje zdanie.
- Szczerze? Ja też jakoś nie mam ochoty na gadkę z tymi cwaniakami, ale może oni wiedzą coś więcej - dodał Seamus.
- Dobra ja do nich pójdę. Widziałam jak przed chwilą wychodzili. Trzymajcie kciuki, żebym nie rzuciła w nich Avadą.
- Tylko uważaj na siebie i czekamy na ciebie w pokoju wspólnym - oznajmił Finnigan.
- Nie mam zamiaru siedzieć tam dłużej niż to będzie konieczne.

Długa nieobecność dwójki gryfonów była też głównym tematem rozmów wśród Ślizgonów.
Szczególnie pewnej trójki, która zdążyła już wytrzeźwieć po kilku mocniejszych drinkach.
Wiedzieli, że żaden nauczyciel nie może ich złapać, jak są pijani, więc zażyli specjalne eliksiry trzeźwiące i poszli na kolacje, aby nie wzbudzać podejrzeń swoją nieobecnością. Z racji, że żaden nie był zbytnio głodny, postanowili, że wrócą na górę, aby dalej oddać się swoim ulubionym zajęciem, czyli dalszym piciem. Po kilku minutach znaleźli się ponownie w salonie prefektów naczelnych. Kiedy rozlewali kolejkę usłyszeli pukanie do drzwi.
- Granger? - spytał podekscytowany Theodor.
- No co ty, przecież ona nie musi pukać. Czekajcie, otworzę - powiedział Draco i podszedł do drzwi z zaciekawieniem - to ty? Granger nie ma.
- Malfoy, ależ ty spostrzegawczy. Zdążyłam zauważyć przez całe popołudnie i kolację. Ja do Nott'a - odpowiedziała mu z przekąsem i weszła do środka nie pytając o pozwolenie. Kiedy Zabini dostrzegł kto wszedł, natychmiast się podniósł i podszedł do niej.
- No witaj Kocico. Tęskniłaś?
- Daruj sobie Zabini, ja do Nott'a - skomentowała krótko i ominęła go siadając na jednym z foteli. Dwójka pozostałych ślizgonów parsknęła śmiechem i czekała na dalszy ciąg wydarzeń.
- Posłuchaj mnie Weasley, nie przypominam sobie, abyśmy mieli jakiekolwiek koleżeńskie kontakty, a więc nie rozumiem, czego możesz ode mnie chcieć.
- Chodzi mi o Hermione. Byłeś ostatnią osobą, która ją widziała. Wiesz może, gdzie ona jest? Wiem tylko tyle, że dyrektorka ich gdzieś zabrała, ale nie mamy żadnej wiadomości - wyjaśniła już spokojniejszym głosem licząc na to, że może dowie sie czegoś nowego.
- Wiesz tyle ile ja. Roprawa się skończyła, dyrektorka kazała mi wracać do zamku, a oni transportowali się w inne miejsce. Tyle. Jeśli to wszystko, to idź już sobie, bo zakłócasz dobry nastrój w pomieszczeniu - odpowiedział jej lekceważąco, po czym rozsiadł się wygodnie na kanapie i upił łyk ognistej nie zwracając już na nią uwagi. Ginny poczerwieniała na twarzy i wychodząc, trzasnęła drzwiami.
- A nie mówiłem, że Weasley'e są nie wychowani - skomentował Draco i również upił łyk ognistej. Blaise'owi nie spodobało się zachowanie swoich przyjaciół, więc po prostu wyszedł bez słowa i pobiegł za swoją ukochaną - co się dzieje z tym Zabinim?
- Może po prostu się zakochał? Wiesz Malfoy, obawiam się, że raczej ciebie to nigdy nie spotka - wtrąciła osoba, która właśnie po cichu weszła do dormitorium.
- Granger!


*Witajcie. Jak rozdział? Nie zawiodłam Twojego zaufania? Zostaw chociaż kropkę w komentarzu, abym wiedziała, że jesteś i dalej interesuje cię ciąg dalszy :)